środa, 24 czerwca 2015

projekt drugi, dzień piąty: studia polskie.

Dwa dni spokoju. Czternaście dni paniki, lęku, wysokiego poziomu stresu. I na co to wszystko? Egzamin pogania egzamin, dzień w dzień coś, a jeszcze trzeba mieć czas, by się uczyć i nie pomylić jednego tytułu z drugim, jednej wersji z drugą, słowa z jego pierwotną wersją. I wszystko to w dwa tygodnie, bo przecież student to stworzenie mądre, czas ma na wszystko. Nikogo nie interesuje to, czy ten czas jest naprawdę, nie mówiąc już o sile i chęciach. Pięć dużych egzaminów i jakieś dwanaście mniejszych, zwane kolokwiami, zwykle do zaliczenia jedynie w miesiąc. Jakby nie szło sprawdzać wiedzy przez pozostałe 15 tygodni semestru. O ile łatwiejsze byłoby życie studenta, gdyby można było uczyć się cały czas i sprawdzać wtedy wiedzę, zamiast męczyć się w jeden miesiąc. Typowy system szkolnictwa polskiego (bo nie wiem jak wygląda zagraniczny). Porażka. 

Chcę już odpocząć. Odciąć się od wszystkiego, co mnie męczy i zaszyć się gdzieś, gdzie być może będę mogła wszystko sobie sama przemyśleć, bez nacisku społeczeństwa. Chyba poszukam sobie jakiegoś noclegu we Wrocławiu albo w Warszawie. Sama, bo znajomych mam i tutaj i tutaj, więc gdy będę potrzebować chwili z kimś - zawsze będę mogła do nich zadzwonić. Wiem to. A może po prostu taka mam nadzieję... 

Póki co muszę zaciskać zęby, by się nie podać. I zaciskać je z bólu, by nie krzyczeć nocami w poduszkę. Bo wtedy właśnie, w ciemnościach nocy, ból jest najbardziej uciążliwy. Każdy z nas ma swoje koszmary, nocne, dzienne, wewnętrzne. W nocy dają o sobie znać, bo wtedy jesteśmy bezbronni.

Niestety... 

poniedziałek, 15 czerwca 2015

projekt drugi, dzień czwarty: chujowo i niestabilnie

Próbuję być silna. Bo myślałam, że już jest wszystko dobrze. Ale nie jest i z  każdym dniem dociera to do mnie jeszcze bardziej. Z różnych powodów. Coraz częściej zdaje sobie sprawę, że nie mam na nic siły. Chcę płakać. Mam ochotę zwinąć się w kłębek i zacząć wyć. Ale nie mogę, nie chcę zawieźć innych. Codziennie zmuszam się, by wstać, by się uśmiechać, by robić cokolwiek. Przez jakiś czas było dobrze, ale to znowu wraca. Jak nigdy wcześniej czuje się bezsilna. Brakuje mi energii, by zrobić cokolwiek. Mam ochotę płakać właśnie z tej bezsilności. Nie wiem na ile jeszcze starczy mi sił. Na dzień? Dwa? Może na kilka lat. Może. 

Czasem myślę, że może życie to siedem plag egipskich. Tak się czuję, gdy wychodzą mi kolejne choroby. Tylko to, niestety, nie jest siedem plag - reumatoidalne zapalenie stawów, niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, ChAD, refluks przełykowo - żołądkowy. Czekam jeszcze na szpital, gdzie może się potwierdzić kolejna diagnoza. Boję się. Panicznie boję się wyników. Nie mam magnezu w organizmie, a cukier waha się jak szalony - od 70 do 156. To drugi stopień. Jest bardzo źle. 

Chciałabym posiadać kogoś, kto mnie wysłucha, zrozumie i nie będzie potępiał. Niestety, ciężko teraz o takich ludzi. Mam jedną, ale nie chcę jej ciągle zadręczać swoimi problemami. Przecież ma swoje życie. Jeśli ciągle będę ją zadręczać - w końcu sama się ode mnie odsunie. Tego nie potrafię sobie wyobrazić. To jakby ktoś wyciął mi kawałek mnie samej.

Dużo jest takich Magd, które niby są silne, ale w środku już nie mają na nic ochoty. Nawet nie ma w nich lęku, jest tylko poczucie bezradności i takiej niemocy. Takich, którym ludzie próbują wmówić, że nie są chore tylko leniwe, że nic w życiu nie robią i nic nigdy nie osiągną. I nie ważne, że nie sypiają po nocach, stają na uszach, by innym coś udowodnić i nie raz nie mają wieczorem siły, by zrobić coś dla siebie. Dla reszty społeczeństwa dalej będą tylko tymi, które nic nie robią i tylko lubią sobie ponarzekać.

Czasem Ci, którzy milczą, najbardziej wołają o pomoc.

środa, 10 czerwca 2015

projekt drugi, dzień trzeci: poczuj to.

Z Chadem to jest tak, że musiałam go polubić. Nie było innej opcji, bo jak się pojawił to nie chce odejść. Taki przyjaciel na siłę. Nikt go nie lubi, nikt go nie chce znać, więc przyplątuje się tu czy tam i męczy człowieka. Niestety musiało trafić na mnie. Przez spory kawałek czasu wszystko jest w porządku. Zdarza się nawet, że się śmieję, albo popadam w niewyjaśnioną euforię i myślę, że mogę wszystko. Cudowne uczucie, które zaraz potem zostaje zastąpione przez "moje drugie ja", czyli spadam na dno, uważam, że do niczego się nie nadaję i po co będę próbować, skoro i tak nic z tego nie będzie. A potem ryczę, jak małe dziecko. Ryczę i ryczę. Wszystko jest nie tak. Wszystko jest źle. Nawet piątki w indeksie mnie nie cieszą. Słowem - porażka.

Czuj to, człowieku.

Podałabym Ci jakiś przykład, ale w sumie po co? I tak nie wczujesz się w umysł chorego. Zresztą, ciężko określić czy Chad serio ze mną jest czy jest to może tylko ChD, bo wcale nie ma afektywności i nigdy nie było manii. Może, w sumie nikt nic nie wie, psycholog ma mnie w dupie, rodzina nie ma o niczym pojęcia. Pozostają mi dwa wyjścia - albo dalej wpychać w siebie tabletki, które przepisał mi psychiatra i w miarę normalnie funkcjonować... albo udawać (tak, jak to robię teraz), że wszystko jest w porządku, nigdy nic złego się nie wydarzyło i ogólnie to jestem normalnym człowiekiem. W sumie to chyba mi to całkiem nieźle wychodzi, wiecie?

Tak myślę, przynajmniej. Bo ciągle słyszę "Magda, jaka ty jesteś silna!"

No, zajebiście silna. Idzie mi dobrze, udawanie. Rano wstaję i robię wszystko to, co powinnam. Sprzątam, wychodzę z psem, próbuję się uczyć. Dużo piszę, dużo oglądam telewizji. Maluję, gotuję, rysuję, udaję, że jest fajnie. Robię wszystko, by nikt nie zauważył, że jest źle. To nawet nie jest takie trudne, bo ludzie nie lubią widzieć, że komuś jest źle. Odwracają wzrok, gdy widzą nieszczęście. Nie przejmują się nikim innym, tylko sobą. Ja w sumie też często taka właśnie jestem. Obojętna. Chociaż częściej po prostu próbuję udawać, że nie przejmuję się nikim i niczym. Chociaż... Potem nie patrzę na siebie, bo inni są ważniejsi.

Ale właśnie ci inni mają mnie w dupie. Zwykle. Na urodziny nie dostaję kartek, prezentów, często nawet życzeń. Jeśli postaram się o porządny prezent typu handmade - nie, nie mam co liczyć na to, że ktoś inny odwdzięczy mi się właśnie tym samym. To już dawno minęło. Odwdzięczanie się. To smutne. Jak cała ta rzeczywistość.

Poczuj to, że wszystko jest źle.

projekt drugi, dzień drugi: hossa i bessa.

Hossa i bessa psychicznej elipsy. 

Dosłownie. Znacie to uczucie? Przez ileś tam dni było dobrze. W miarę. Potem spadłam jakby na samo dno i ryczałam chyba dzień w dzień, nie bardzo wiedząc dlaczego. Ale od niedzieli już było w miarę spoko. W poniedziałek nieco gorzej, ale tylko przez chwilę. Emocje z rana wzięły górę nad resztą, zdarza się. Wtorek był prawie kapitalny. I nagle przyszła środa. Dzień wolny. No i się zaczęło...

Ona krzyczy na mnie, że mam sprzątać. Złość się we mnie kumuluje, więc krzyczę na psa. O wszystko. Więc ciągnę ją na tej smyczy, jakby była złem świata. A ona po prostu na mnie patrzy, spojrzeniem pełnym miłości i się cieszy. Zwyczajnie się cieszy, że jestem, że daję jej jeść, drapię za uchem i przytulam do siebie przynajmniej raz dziennie. I złość ustępuje, a zamiast tego - zaczynam ryczeć. Jak dziecko. Znowu. A ona dalej siedzi i wpatruje się we mnie tymi oczami pełnymi zrozumienia i miłości. Jakby chciała mi powiedzieć "nie przejmuj się, ja i tak cię kocham" oraz "nie martw się, wszystko będzie dobrze". I chociaż wiem, że ma rację, bo przecież musi być dobrze, to i tak emocje biorą górę nad całą resztą. Więc znowu ryczę. 

A teraz, zamiast się uczyć, bo jutro ważny test... piszę tutaj. Bo muszę wylać emocje, zanim rozsadzą mnie od środka. Przecież to tylko zaliczenie. Nie teraz to innym razem. Czym ja się przejmuję? W sumie wszystkim. Tym, że nie zaliczę. Że nie zdam. Że zawiodę. Że wszystko będzie źle. Zawsze jest źle. A ja mam zawsze ten sam problem ze sobą. Przecież nie ja jedna oblewam testy. Nie ja jedna mam problem z zaliczeniem. Nie tylko ja się mylę. 

Czemu więc tylko ja się przejmuję?