Dwa dni spokoju. Czternaście dni paniki, lęku, wysokiego poziomu stresu. I na co to wszystko? Egzamin pogania egzamin, dzień w dzień coś, a jeszcze trzeba mieć czas, by się uczyć i nie pomylić jednego tytułu z drugim, jednej wersji z drugą, słowa z jego pierwotną wersją. I wszystko to w dwa tygodnie, bo przecież student to stworzenie mądre, czas ma na wszystko. Nikogo nie interesuje to, czy ten czas jest naprawdę, nie mówiąc już o sile i chęciach. Pięć dużych egzaminów i jakieś dwanaście mniejszych, zwane kolokwiami, zwykle do zaliczenia jedynie w miesiąc. Jakby nie szło sprawdzać wiedzy przez pozostałe 15 tygodni semestru. O ile łatwiejsze byłoby życie studenta, gdyby można było uczyć się cały czas i sprawdzać wtedy wiedzę, zamiast męczyć się w jeden miesiąc. Typowy system szkolnictwa polskiego (bo nie wiem jak wygląda zagraniczny). Porażka.
Chcę już odpocząć. Odciąć się od wszystkiego, co mnie męczy i zaszyć się gdzieś, gdzie być może będę mogła wszystko sobie sama przemyśleć, bez nacisku społeczeństwa. Chyba poszukam sobie jakiegoś noclegu we Wrocławiu albo w Warszawie. Sama, bo znajomych mam i tutaj i tutaj, więc gdy będę potrzebować chwili z kimś - zawsze będę mogła do nich zadzwonić. Wiem to. A może po prostu taka mam nadzieję...
Póki co muszę zaciskać zęby, by się nie podać. I zaciskać je z bólu, by nie krzyczeć nocami w poduszkę. Bo wtedy właśnie, w ciemnościach nocy, ból jest najbardziej uciążliwy. Każdy z nas ma swoje koszmary, nocne, dzienne, wewnętrzne. W nocy dają o sobie znać, bo wtedy jesteśmy bezbronni.
Niestety...