środa, 10 czerwca 2015

projekt drugi, dzień drugi: hossa i bessa.

Hossa i bessa psychicznej elipsy. 

Dosłownie. Znacie to uczucie? Przez ileś tam dni było dobrze. W miarę. Potem spadłam jakby na samo dno i ryczałam chyba dzień w dzień, nie bardzo wiedząc dlaczego. Ale od niedzieli już było w miarę spoko. W poniedziałek nieco gorzej, ale tylko przez chwilę. Emocje z rana wzięły górę nad resztą, zdarza się. Wtorek był prawie kapitalny. I nagle przyszła środa. Dzień wolny. No i się zaczęło...

Ona krzyczy na mnie, że mam sprzątać. Złość się we mnie kumuluje, więc krzyczę na psa. O wszystko. Więc ciągnę ją na tej smyczy, jakby była złem świata. A ona po prostu na mnie patrzy, spojrzeniem pełnym miłości i się cieszy. Zwyczajnie się cieszy, że jestem, że daję jej jeść, drapię za uchem i przytulam do siebie przynajmniej raz dziennie. I złość ustępuje, a zamiast tego - zaczynam ryczeć. Jak dziecko. Znowu. A ona dalej siedzi i wpatruje się we mnie tymi oczami pełnymi zrozumienia i miłości. Jakby chciała mi powiedzieć "nie przejmuj się, ja i tak cię kocham" oraz "nie martw się, wszystko będzie dobrze". I chociaż wiem, że ma rację, bo przecież musi być dobrze, to i tak emocje biorą górę nad całą resztą. Więc znowu ryczę. 

A teraz, zamiast się uczyć, bo jutro ważny test... piszę tutaj. Bo muszę wylać emocje, zanim rozsadzą mnie od środka. Przecież to tylko zaliczenie. Nie teraz to innym razem. Czym ja się przejmuję? W sumie wszystkim. Tym, że nie zaliczę. Że nie zdam. Że zawiodę. Że wszystko będzie źle. Zawsze jest źle. A ja mam zawsze ten sam problem ze sobą. Przecież nie ja jedna oblewam testy. Nie ja jedna mam problem z zaliczeniem. Nie tylko ja się mylę. 

Czemu więc tylko ja się przejmuję?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz